Archiwum kategorii ‘słowo’

h1

Weryfikacja postanowień noworocznych

Maj 20, 2010

Minęły 4 miesiące, bilans jest zdecydowanie pozytywny.

Jestem szczęśliwa. Szczęśliwa jak nigdy dotąd (:, głównie dlatego, że nie boję się życia, pozwoliłam sobie na szczęście (:. I nie boję się mówić o tym szczęściu, nie wierzę, że mogłabym je zapeszyć.
Mam swój porządny aparat fotograficzny, ale ponieważ mam go dopiero od tygodnia, to jeszcze nie robię więcej zdjęć.
W te 4 miesiące schudłam w oczach i w całym ciele- 20 kg już na minusie.
Niestety nie czytam więcej, nawet nie mam czasu, bo upajam się szczęściem i Tym, z którym je dzielę (;

I powiem tylko- oby tak dalej (:

h1

Pieczone sajgonki.

Luty 18, 2010

Zgodnie z jednym ze swoich postanowień noworocznych- jestem na diecie.
Też jem różne pyszności, ale jakoś nigdy nie udaje mi się ich sfotografować, więc na razie powrócimy jeszcze do przeszłości. Dzisiaj zapraszam na pieczone sajgonki, robione już wiele, wiele miesięcy temu.

Składniki:
-papier ryżowy
-mięso mielone wieprzowo- wołowe
-marchewka
-kiełki (sojowe, fasoli mung, myślę, że jakie by nie były, to będą dobre. Jak ktoś sobie sam w domu kiełkuje, to swobodnie może wrzucić, jakie mu tam kiełkują. Ja miałam takie puszkowe, fasolkowe czy sojowe. Poszła cała puszka)
-biała kapusta (oryginalnie jej przeznaczeniem była surówka, o której kiedy indziej, ale tyle mi jej zostało, że postanowiłam ją dodać i tu)
-sos sojowy
-ocet ryżowy
-ocet jabłkowy (dodatkowe fusion, bo ocet jest z Korfu (; )
-sól
-pieprz

Mięso solimy, pieprzymy, podsmażamy. Teoretycznie można nie smażyć, tylko pakować surowe, ale nie miałam pewności, jak długo będę je piec, więc poszłam na kompromis i podsmażyłam je tak, że było jeszcze miejscami półsurowe.
Marchewka- w kilkucentymetrowe słupki i siup na rozgrzaną oliwę. Po chwili wlewamy do niej trochę octu jabłkowego, dusimy w nim trochę.

Kapustę drobno kroimy.
Mięso mieszamy z marchewką i kiełkami, przyprawiamy: sosem sojowym, zgniecionym ząbkiem czosnkowym, pieprzem. Dodałabym też jeszcze sól, gdyż ja liczyłam na słoność sosu sojowego i na tym etapie już nie soliłam i wydaje mi się, że było mało słone. Proponuję kapustę tez tu wrzucić, ja kładłam na papierze powyższy farsz, na to kapustę, a łatwiej by było, gdyby wszystko było wymieszane (:
Płatek papieru ryżowego moczymy w wodzie (ja dodałam do wody ocet ryżowy, ale teraz w sumie nie mam pojęcia, po co :> ), najlepiej wlać sobie wodę do głębokiego talerza, wsadzać na chwilę papier, wyjąć, położyć na ściereczce, nakładać nadzienie i zamykać jak gołąbka- z dołu od siebie, z prawej w lew, z lewej w prawo, z góry do siebie.
Ważne- nie trzymać papieru zbyt długo w wodzie, bo zmięknie tak, że przy wyjmowaniu się pomnie, poskleja i trudno będzie z powrotem otrzymać z niego kółko. Wystarczy zamoczyć na moment, odłożyć na ściereczkę i poczekać, ewentualnie zwilżać jeszcze dłonią. Ma być namoczony i miękki, ale lepiej ten stan osiągnąć jak już jest na ściereczce, a nie w talerzu, mając w perspektywie jeszcze transport na ściereczkę, deseczkę, blat.

Gotowe zawinięte sajgonki kładziemy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, można posmarować tłuszczem (bardziej się wtedy przyklejają do podłoża :/ ) i wsadzamy do nagrzanego na ok. 200-220 stopni piekarnika. Najlepiej jak najwyżej, na grzanie od góry, wtedy ładnie się przypieką. Teoretycznie pieczenie powinno trwać 20-25 minut (i tak chyba w rzeczywistości wyglądało), ale najlepiej do nich zajrzeć raz czy dwa i jak będą już ładne, to wyjąć (:
Zasadniczo w trakcie należałoby je przewrócić, żeby się opiekły z obu stron, ale wtedy wzrasta prawdopodobieństwo, że się rozwalą, niestety.

Smacznego (:

h1

Postanowienia noworoczne

Styczeń 25, 2010

Mija pierwszy miesiąc nowego roku; roku, w który to po raz pierwszy w życiu weszłam z postanowieniami noworocznymi.
Postanowienia podobno mają to do siebie, że szybko się o nich zapomina, dlatego trzeba je gdzieś zapisać- jeśli nie na kartce, to przynajmniej porządnie wyryć w głowie. Ja sobie te swoje co kilka dni powtarzam, całkiem niezamierzenie. Postanowień było kilka, ale wszystkie zamykają się w tym jednym, które zapisałam na Wielkiej Sylwestrowej Tablicy Postanowień Noworocznych:
Jestem szczęśliwa.

Dla każdej grupy znajomych, ale także na każdy dzień szczegółowe postanowienia są różne. Jako emem postanawiam, że w roku 2010:
- więcej czytam (już się udaje)
- robię więcej zdjęć
- mam swój porządny aparat fotograficzny (pewne kroki już podjęte)
- chudnę w oczach (naocznie ;) plan wprowadzony już w życie)
- nie boję się życia i siebie :)

P.S. Pamiętajcie, że żeby postanowień udało się dotrzymać, powinny być formułowane w czasie teraźniejszym (“jestem…”, “umiem…”, “wyjeżdżam…”, “robię…”; nie: “będę…”, “będę umieć…”, “wyjadę…”, “zrobię…”)

h1

Sushi naocznie.

Styczeń 4, 2010

Boo zmotywowała mnie do napisania tu czegoś i faktycznego powrotu na dobre tak naprawdę nowe śmieci.

Ponieważ u Boo dzisiaj kulinarnie, to i ja zacznę odgrzebywać swoje stare kuchenne wypociny (absolutnie nie sugerując w tym momencie, że boosałatka jest nieświeża (; ).
Dzisiejszy odcinek sponsorowany jest przez ryby, które to bardzo lubię i bardzo rzadko jadam. Dzisiaj wyjadałam samotnego wędzonego łososia z tacki, usprawiedliwiając się tym, że jest baaaardzo zdrowy, z pewnością (;
Dzisiejsze zdjęcia i przepis wprawdzie świeżością nie grzeszą, ale ryba- owszem. Ryba mianowicie jest surowa i jest w postaci sushi.
Zapraszam.

Czego nam trzeba? Zasadniczo, to czego dusza zapragnie. U mnie były to:
- ryż
- wodorosty nori
- sos sojowy
- ocet ryżowy (jasny)
- łosoś surowy
- krewetki
- surimi (pewnie pseudo, bo kosztowały niecałe 2 złote (; )
- avocado
- ogórek
- papryka
- imbir marynowany
- pasta wasabi

Do tego był sushony omlet:
- 2 jajka
- łyżka sosu sojowego
- łyżka mąki
- trochę pieprzu
Roztrzepujemy wszystko razem i smażymy- albo po prostu, jak omlet, albo tak, jak ta pani. Okazuje się, że taki rolowany robi się bardzo łatwo, również przy użyciu pałeczek(; a w rzeczywistości omlet sam się zwija, dlatego też trzeba uważać przy wylewaniu nadmiaru tłuszczu lub jajka z patelni, bo omlet może sam się zrolować do zlewozmywaka…

Sposobów przygotowywania ryżu znaleźć można wiele, co źródło, to inny przepis. Postanowiłam trzymać się przepisu na opakowaniu (no, poza tą ilością, ale jednak pół półkilowego opakowania na 2 osoby takie jak ja to byłoby zdecydowanie za dużo), gdzie nie było mowy o moczeniu i leżeniu przez 4 godziny i ryż był doskonały, nawet prawie się nie przypalił;)
Przygotowałam go więc tak:
mniej więcej 250g ryżu zalałam zimną wodą, przykryłam, postawiłam na gazie. Gdy zaczęło się gotować- zmniejszyłam gaz, by po 10 minutach wyłączyć go całkiem. 15-20minut ma sobie stać nadal pod przykryciem. Przez cały czas gotowania i stania nie podnosimy pokrywki! Po tych 15-20 (więcej chyba też nie zaszkodzi) minutach mieszamy i dolewamy sos:
- 3,5 łyżki octu ryżowego
- pół łyżki sosu sojowego
- do 1,5 łyżki cukru
Mieszamy i studzimy. Ryż gotowy.

Następnie zawijamy. Ryż, w miarę cienko, rozkładamy na nori, kładziemy na niego, co chcemy. Zawijamy przy użyciu matki (bambusowej, nie rodzonej).

Co z tego wyszło?
Głównie masa maki, 3 nigiri, których mistrzem na razie nie zostałam i sobie je odpuściłam i po prostu łosoś, dla którego “zabrakło” ryżu.
Okazało się, że ilość ryżu nazwana na opakowaniu ilością dla dwóch osób to absolutnie wystarczająco, a nawet za dużo na 3 osoby. Napchało się tym 4 wodorosty. Sztuk powstałych po pokrojeniu nie przeliczyłam, ale kilka jeszcze zostało.

Jak smakowało? Smacznie:) I na pewno przyjemność jedzenia jest większa niż w knajpie. Przygotowanie całości zajęło prawie 3 godziny i były to bardzo sympatyczne 3 godziny

Herbata zielona niestety “wyszła” i popijało się herbatą Ahmad, ale też było pysznie:)

h1

a kochanie moje to rozstania i powroty…

Listopad 5, 2009

Nastąpił tu mały zastój spowodowany głównie tym, że zupełnie nie miałam głowy do bloga, zdjęć, książek itp.

Początek roku akademickiego, bezdomność, aklimatyzacja w akademiku, wieczne niewyspanie i jesień, która nadeszła i zaczyna już ustępować zimie… To wszystko spowodowało tu ciszę .

Ale próbuję właśnie wrócić, jeśli nie z nowymi zdjęciami czy przeczytanymi książkami, to z różnymi zaległościami, których i w komputerze, i w głowie mam całkiem sporo.

Wracam więc.

h1

Chorwacja, odc. 3- “Split”

Sierpień 22, 2009

mapaWycieczka do Splitu- najważniejszego miasta Dalmacji i drugiego co do wielkości miasta w Chorwacji.

Droga prowadzi wzdłuż morza, a- co za tym idzie- naszym oczom ukazują się piękne widoki, śliczne plaże z turkusową wodą, porty z masą jachtów, i w końcu- “hodowla muszli”, czyli pełno wystających z wody pali.

Ale wcześniej, podczas jednego z pierwszych fotoprzystanków, miejsce ma polowanie na jedzenie (;figa

widoczek

roslinka

To po drodze…

A na miejscu zastaliśmy gorące miasto z odpływającymi do Włoch promami, na który niemal się, przez pomyłkę, nie załadowaliśmy, szukając parkingu (;

Ogólnie Split widzę jako jeden wielki, nagrzany słońcem, kamień. Tyle tylko, że we włoskim stylu. Wąskie uliczki (ileż to miast ma je w swoim opisie jako “jedyne w swoim rodzaju”, “klimatyczne”?), wszędzie kawiarenki, małe stoliczki, uderzający raz po raz w nozdrza zapach a to tuńczyka, a to pizzy, aż w końcu…portu. Jak pachnie port? Ano zdechłą rybą, niestety.

No a jeśli o splickiego Doklecjana chodzi, czy też o jego pałac, to ten ostatni jest wszędzie. Trudno mi orzec, co na starówce w Splicie jest jego pałacem, a co już nie. W sumie cała starówka mieści się chyba pod jego dachem, którego nie ma, otoczona jest przez jego stare, niepełne mury. Efekt jest taki, że posłużę się teraz znanym powiedzeniem, że “złej baletnicy…”, a raczej,  że bez obiektywu szerokokątnego ciężko jest tam zrobić dobre, ukazujące ciut większy fragment tego miasta, zdjęcie (; Mniejsze fragmenty też jest trudno ująć,  a to za sprawą wszędobylskich ludzi. Już, już jest piękne, bezludne ujęcie, aż nagle ręce i aparat opadają, bo w kadr wchodzi zbłądzony turysta… A czym pachnie Dioklecjan? Okazuje się, że lawendą. W mieszkaniu też mi nią pachnie. Tyle tylko, że przy mieszkaniu ona rośnie, a tu ją sprzedają w ładnych woreczkach (:

dioklecjan

kleczniki

dziura

okno

takie

pan

murywieza

Krążąc po uliczkach trafiam do świątyni Jupitera. Świątynia ta zmieniona miała zostać na baptysterium czy świątynię Jana Chrzciciela. Jednak ja w tym panu Jana Chrzciciela dostrzec nie potrafię i już zawsze widzieć w nim będę Jupitera, czy nim jest, czy też nie…

jupiter

gwiazda

rzezba

trumna

Jupiter czy Chrzciciel, posprzątać trzeba (;miotla

Początkowo jako opis poniższego zdjęcia znaleźć się miał jakiś komentarz nt.  patriotyzmu, ale na szczęście przypomniałam sobie, że “Wikipedia i Google naszymi przyjaciółmi są” i powiem tylko, że moje włoskie odczucia są bardziej na miejscu niż myślałam (;

propatria

Zdjęcie zrobione z myślą o czytającej części czytelników:

bookshop

Stare podręczniki? My mamy Allegro, a w Chorwacji robi się to tak:

allegro

Żadne z dzisiejszych zdjęć powalające nie jest

(to wina niesamowitego upału i uczucia,

że jest się sadzonym właśnie na patelnię jajkiem),

a to przekracza wszelkie granice- mam tego świadomość-

ale tu szczególnie chodziło o treść, nie formę (;


A teraz zdjęcie z serii “Nie róbcie tego w domu”, czyli robienie zdjęcia hodowli muszli przez lewe okno z wyciągnięciem ręki z aparatem przed oczy niewinnego kierowcy… No cóż, gdy była po prawej, udało mi się ją jedynie sfilmować… ;) hodowlamuszli

I poniżej dowód, że pisanie pamiętnika podróżnika jest przydatne- gdy za kilka lat człowiek zapomni, kiedy gdzieś był może znaleźć jedynie takie dowody swojej podróży. Data jest? Jest. (:parking


h1

Chorwacja, odcinek 1

Sierpień 18, 2009

Ponieważ na początku zaznaczyłam, że z chronologią mogę się rozmijać, to teraz rozpocznę publikację serialu na żywo pt. “Chorwacja naocznie”, kiedyś w przyszłości mogą pojawić się podróże i zdjęcia zaległe (:

Odcinek pierwszy- “Pięć państw w 16 godzin i pierwsze 24 godziny na miejscu”.

Ruszyliśmy z Polski tuż przed północą. Słowację przespałam, w Austrii ledwo dałam radę otworzyć zaspane oczy, przejazdu przez granicę Austria-Słowenia nie zauważyliśmy, dopiero po jakimś czasie doszłam do wniosku, że ten mostek, przez który przejeżdżaliśmy to musiała być granica(;, granicę słoweńsko- chorwacką przejeżdżaliśmy dwa razy, bo człowiek przez te lata spędzone w Unii i w Schengen zapomniał, że czasem na granicy między stanowiskami jednego kraju a stanowiskami drugiego (między wyjazdem z jednego a wjazdem do drugiego) jest kawałek drogi ;)

Ponieważ Słowację przespałam, to wniosek jest oczywisty- zdjęcia nie będzie(;

Austria:

1

Słowenia przez okno samochodu:2

Słowenia, w trakcie tego krótkiego i szybkiego przejazdu, bardzo mi się spodobała. Może dlatego, że nazwa brzmi jeszcze swojsko, a już widać w niej inną kulturę, inny klimat. Przez całą drogę przez nią obok drogi ciągnęły się pola kukurydzy- niestety rzecz nie do uchwycenia przy prędkości 130km/h (;

Pierwsze trzeźwe spojrzenia na prawdziwą Chorwację, morze i góry. Niestety przez brudną przednią szybę:

3

4Rzut oka za siebie:

5

Po przyjeździe uderzył w nas tunezyjski upał i śliczne mieszkanko (:

O dziwo szybko udało mi się rozpakować i rozpoczęliśmy zwiedzanie okolicy. A że zwiedzanie okolicy i ogólnie spacery w dalekich krajach wiążą się w naszym przypadku ze zjadaniem okolicznych owoców zrywanych samodzielnie (i jeszcze żyję, a jadło się już lubuskie śliwki z robakami, greckie i tunezyjskie figi- spady, wysuszone na słońcu winogrona- nie nazywam ich rodzynkami, bo, z tego, co wiem, to przed urodzynnieniem winogrona zrywa się z drzewa/krzaka;), katowickie mirabelki, niemieckie jeżyny, i masę innych znalezisk, a jakieś 20 lat temu również świnoujski piasek)…i gdybym teraz kontynuowała rozpoczęte zdanie, jak należy, to ewentualny czytelnik z pewnością by się zgubił, przeklął mnie, a następnie musiał wracać przed nawias. Więc zacznę jeszcze raz, tym razem bez nawiasu… A że zwiedzanie okolicy i ogólnie spacery w dalekich krajach wiążą się w naszym przypadku ze zjadaniem okolicznych owoców zrywanych samodzielnie, to zjedliśmy po winogronie (ok, te były rzeczywiście kradzione), migdale rozłupywanym kamieniami i wieeele fig, pry okazji znajdując zapomniane przez wszystkich małe drzewko figowe, rosnące niepozornie wśród krzaków. Z pewnością jest bezpańskie. I ma jeszcze duuużo owoców, które muszą jeszcze podlapać trochę słońca (:

migdał

figi

lodka

Pierwsze hrvatskie kicze (:

kicz

kiczdrugi

kiczzpalemką

I pierwsze chorwackie muszelki:

muszelki

h1

Kreta

Sierpień 15, 2009

Przez całe lata wakacje spędzałam najpierw nad polskim poczciwym Bałtykiem, siedziałam tam praktycznie 2 miesiące, w połowie zmieniając miejscowość. Co roku potrafiłam jeździć w to samo miejsce, byle konie były. Później zmieniłam miejsce- kolejne lata spędzałam w tym samym miejsc nad jeziorem, konie pozostały. Nie potrzebowałam zwiedzania świata, wystarczały mi konie. Później jakoś pozostałe atrakcje wyjazdów przestały cieszyć, trzeba więc było wymyślić coś innego i tak, idąc na kompromis “zamiast koni- świat”, kilka lat temu, zapakowawszy małą czerwoną walizkę (która od tego momentu będzie mi towarzyszyć przez lata), ruszyłam w świat. ..

Na pierwszy rzut poszła Kreta.

2 tygodnie w słońcu, wodzie i pięknych okolicznościach przyrody (; Cudne widoki, ciekawi i serdeczni ludzie, leniwe zwierzęta i kolorowe rośliny- czego chcieć więcej (:

342

Zapewniam, że kot żył, bo po chwili żwawo zwiał (;

120nogi winogronagrek na schodachdalmatynek2winogronka na lapkach18171615

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stanie się TO moim podróżniczym zwyczajem:14

(;

13128111076

h1

Początki są zawsze trudne…

Sierpień 15, 2009

W tym momencie należy się kilka słów wyjaśnienia…

To już druga wersja nowej wersji mojego bloga. Wcześniej, przez chwil kilka byłam na blogspocie, gdzie nie spodobało mi się parę rzeczy, dlatego też przełamałam się i próbuję zaistnieć tutaj. Co z tego będzie- okaże się(:

To, co będzie się tu pojawiać- zdjęcia, recenzje, moje przemyślenia- w pewnym stopniu mogło być już gdzieś publikowane lub będzie publikowane równocześnie z publikacją tutaj lub kiedyś w przyszłości- proszę się temu nie dziwować (: Istnieję i funkcjonuję w kilku miejscach w internecie, pod różnymi nickami, w zależności od tematyki miejsca. Kiedyś może postaram się ujednolicić swoją osobę (:

lusterko

h1

Na początku było słowo

Sierpień 15, 2009

Miałam kiedyś bloga, do którego nie wracam, w którym jednak jest masa wspomnień.

Mam fotologa, którego nie lubię.

Mam pełno miejsc, w które wrzucam zdjęcia.

Chyba przyszedł w końcu czas na miejsce, które polubię, które będzie moje, gdzie znajdzie się miejsce i czas i na słowa, i na obrazy.

Więc będą tu zdjęcia- aktualne, przyszłe i przeszłe. Chronologii nie obiecuję :)

Będą relacje z podróży- tych dalszych i tych bliższych.

Będą też luźne spostrzeżenia na tematy bieżące i zaległe.

Znajdą się tu też uwagi i relacje z kuchennego pobojowiska.

Być może znajdzie się i czas, i ochota na recenzje przeczytanych książek- zawsze chciałam mieć je w jednym miejscu.

Nie będzie tu za to wynurzeń zakochanej nastolatki (cóż, lata mijają i- nie oszukujmy się- nastolatką już nie będę, zakochaną- tym bardziej).

A jak będzie w rzeczywistości- czas pokaże.

Więc- chyba czas zacząć.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.